Oświadczenie czy przysięga? Czyli po co komu ślub?

Miałam niedawno okazję uczestniczyć w plenerowym wydarzeniu, które postronni świadkowie uznali za teatr uliczny albo inscenizację. Wtajemniczeni natomiast wiedzieli, że jest to ślub, czy raczej złożenie oświadczenia o zawarciu związku małżeńskiego, bo do tego sprowadza się ślub cywilny.

Towarzystwo przebrane za różne nacje zamieszkujące Tolkienowskie Śródziemie bawiło się przednio przy muzyce filmowej. Orki z elfami, księżniczki z ogrami oraz kilka hybryd bezwstydnie mutujących w stronę Gwiezdnych Wojen. Jedni zachowywali się po rycersku, inni po zbójecku, lecz każdy utrzymywał na twarzy wyraz powagi, oznajmiający całemu światu, że przecież przebieranie się za orka to dla niektórych chleb powszedni. Kiedy odtańczono raczej mało porywające tańce inspirowane średniowiecznymi przytupami, na plac wniesiono polskie godło, za którym dostojnie podążała pani urzędniczka w todze, okuta w ciężki łańcuch zwieńczony orłem. Zdobiło się dziwnie, bo zgraja orków z zielonymi twarzami kontrastowała mocno z czerwienią godła narodowego, jednak zgromadzeni widzowie zdawali się tego nie dostrzegać.

Treść przysięgi zaskoczyła mnie, do tej pory uczestniczącej jedynie w ślubach kościelnych, bo okazała się nie przysięgą, lecz oświadczeniem. Na to słowo przez chwilę ogarnęła mnie panika, bo przyszły mi na myśl wszystkie oświadczenia podatkowe, które porządny obywatel musi złożyć, jednak szybko uspokoiłam się i mogłam wrócić do barwnych, cywilno-prawnych wydarzeń Śródziemia. Po trzech minutach oświadczenia zostały złożone, podpisy zebrane i ślub, jak kredyt-chwilówkę, przyznano od ręki. Młodą parę elfów oklaskano i zaczął się drugi ślub, tym razem ogra z podstarzałą księżniczką w stroju kniaziówny z Ogniem i Mieczem. Ponowne oświadczenia, podpisy i oklaski i można było przejść do kolejnego punktu programu. Zebrani gapie zaczęli się rozchodzić, a orki i ogry odwdzięczały się za liczne pocałunki zebranej rodziny szaro-zielonymi śladami na policzkach.

 

Przyrzekamy wedle swych nadziei, dotrzymujemy wedle swych obaw.

François de La Rochefoucauld

Jakkolwiek konwencja ślubu-żartu jest ciekawostką godną drobnych ploteczek, rodzi się pytanie co dalej? Kiedy ogrzy makijaż spłynie z twarzy i elfia sukienka przykurzy się w kartonie na strychu, a oplotkowane wydarzenie zostanie szybko zapomniane… Czy życiowa decyzja, jaką bez wątpienia jest ślub, traci na wartości, jeśli jego oprawa jest mniej patetyczna? Czy przysięga miłości, aż po grób równa jest oświadczeniu wspartemu własnoręcznym podpisem? Szczerze życzę tego elfom, orkom i ludziom, bo niezależnie od konwencji wszystkie przysięgi, jak i oświadczenia bezlitośnie zweryfikuje jeden, wspólny mianownik – czas.

 

Zobacz też:

Wszystko, albo… wszystko?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *